|
recenzje
Kazik Staszewski "Melodie Kurta Weill'a i coś ponadto"
Kolejna odsłona Kazika Staszewskiego.
Znamy go z wielu twarzy, które prezentuje nazywając się Kazikiem, Kazikiem Na Żywo, Kultem, Tatą Kazika, ostatnio widziano go również jako El Doopę, przez chwilę pokazał się jako Yugoton.
To wszystko każe sądzić, iż Kazik Staszewski jest niezwykle płodnym i pełnym energii artystą. Skłania również do refleksji, że najwyraźniej w jednej skórze jest mu niewygodnie. Najnowsza produkcja tego artysty potwierdza to w stu procentach.
Tym razem Kazik na warsztat bierze utwory Kurta Weilla. Jego autorstwa, są wszystkie, poza jednym, kawałki na najnowszym krążku. Jedynie "Krzesło łaski" jest z muzyką i słowami Nicka Cave'a.
Pierwszy utwór to miła niespodzianka dla wszystkich, którzy lepiej niż Kurta Weilla, znają twórczość The Doors. Ten kawałek to nic innego niż "Alabama Song", w której Kazik, podobnie jak ponad trzydzieści lat temu Jim Morrison, prosi o troszeczkę whisky. Nie wiem, czy to wspomnienie imprez, na których królowali The Doors, ale zdaje się, ze jest to jeden z weselszych utworów na płycie. Poetyka i melancholia pozostałych jest dość jawna i nie dająca zagłuszyć się nawet dwoma szklaneczkami whisky, dlatego nie polecam słuchania ich w stanach depresyjnych lub załamania nerwowego.
Jest jednak, coś, co sprawia, że dziewięć pierwszych utworów przywodzi na myśl filmy z Cybulskim i prywatki z minionej epoki. Nieco mroczny klimat młodzieży przesiąkniętej egzystencjalnymi lękami, zdołowanej otaczającą rzeczywistością, a z drugiej strony tak bardzo zatracającej się w zabawie, uczuciach i alkoholu. Dlatego właśnie, jeśli miałabym porównywać tę płytę do wcześniejszej twórczości Kazika, najtrafniejsze wydaje mi się porównanie z dwoma płytami "Tata Kazika". Podobnie jak u "Taty Kazika" tak i tutaj niepowtarzalny klimat nadaje Krzysztof Banasik grający na waltorni.
Jedynym innym od pozostałych utworem jest "Krzesło łaski" i nic dziwnego, że tak jest, bo pochodzi z repertuaru Nicka Cave'a. Słychać tu już znacznie nowocześniejszą melodię i beat, utwór jest bardziej rockowy, ostry.
Na płycie znalazły się również dwie zremiksowane wersje utworów "Pieśń, w której Mackie prosi wszystkich o przebaczenie" i "Ballada o kobiecie żołnierza".
Ostatni utwór, to śpiewany po niemiecku "Moritet von Mackie Messer". Tu dreszcz przechodzi po plecach najbardziej, bo przez siedem minut czujemy, jakbyśmy znaleźli się w kantynie wojskowej, gdzie bawią się chłopaki ze swastyką na pagonach. To dla kogoś wychowanego w polskiej kulturze "Czterech pancernych i psa" dość silne przeżycie, więc wybaczcie tak emocjonalną reakcję!
Trzeba się zgodzić z Kazikiem, który na płycie napisał, iż słowa są autorstwa Bertolda Brechta w tłumaczeniu pięknym Romana Kołakowskiego. To prawda, tłumaczenie jest piękne i dla samych tekstów warto przesłuchać te płytę.
Choć warto również dlatego, że jest czymś nowym w twórczości Kazika, a ten facet to jakość sama w sobie i niezależnie od tego jaką twarz będzie chciał nam pokazać warto się jej przyjrzeć zanim powie się: ja pana nie znam.
****
Marcin Cichoński,
CGM.pl, 4 lipca 2001
|