- newsy

 - biografia

 - dyskografia

 - sklep muzyczny

 - teksty piosenek

 - ludzie i zespoły

 - galeria zdjęć

 - audio i video

 - gitara

 - wywiady

 - artykuły

 - recenzje

 - różne

 - linki

 - info

 - szukaj



recenzje



"Marchewka"

Warszawa, "Hala Gwardii", 7 maja 1988

Przepraszam, ale zacznę od końca. Nawet jeśli publiczność rockowa nie należy do najświetniejszego towarzystwa - a ta zgromadzona na "Marchewce'" z pewnością nie należała, o czym z jednej strony świadczyły znacznie intensywniejszy niż na innych tego typu imprezach odór piwa oraz malująca się na wielu twarzach kozłowatość, z drugiej zaś - wpadanie znacznej części tejże publiczności w entuzjazm wywołany tym, iż wokalistka ma blond włosy lub tym, że artyście udało się wgramolić na kolumny - to przecież jeszcze nie powód, żeby traktować ją jak bydło. Drugiego (i na szczęście ostatniego) dnia zabawy organizatorzy najpierw trzymali parotysięczny tłum do ostatniej chwili pod zamkniętymi drzwiami, następnie, już w momencie planowanego koncertu, wpuszczali tę wesołą gromadkę przez jedne bardzo wąskie drzwi, co powodowało niebezpieczny bardzo nieprzyjemny zamęt; dalej - opóźnili imprezę o prawie godzinę, wreszcie rozprowadzając dwa razy więcej biletów niż wynosi wyporność tej budy, kazali spędzić niemożebnie stłoczonej publiczności sześć godzin w pomieszczeniu pozbawionym powietrza. Efekt był taki, że spora część ludzi opuściła Halę Gwardii zanim na scenie pojawiła się najbardziej oczekiwana kapela (Clan Of Xymox), jako że imperatyw, by ujść z całej imprezy z życiem, był naprawdę ważniejszy od chęci posłuchania dobrej muzyki. Organizatorzy mieli to najprawdopodobniej w dupie ("Jest nas coraz więcej" - ogłaszał duszącym się ludziom radosny konferansjer), wszak podobno sprzedali siedem tysięcy biletów. Za te wszystkie przyjemności (tj. za dwa dni "Marchewki") płaciło się po trzy tysiące od twarzy; ponadto wykorzystali okazję, by wygłosić jakieś niezrozumiałe dla publiczności przemówienia, spuentowane efektownym "niedźwiedziem".

A teraz pomówmy o sztuce. Przepraszam - o Sztuce. Pierwszego dnia wystąpiły Armia, Zwuki Mu (z Moskwy), Anonimowy Balladzista, T.Love oraz New Model Army. Armia zagrała wysokich tonach czuje się w miarę pewnie, a to, co gra zwykle i zagrała to znacznie lepiej niż na nieudanym koncercie podczas "Kontroli", tj. prawie na swoim normalnym poziomie. A jednak nie rozruszała sali tak, jak to niegdyś robiła na każdym koncercie. Czy dlatego, że chłopcy grali jako pierwsi? Czy dlatego, że nowa generacja fanów nie nauczyła się jeszcze na pamięć tekstów, zaś tym razem fatalne nagłośnienie wokalu pozwoliło rozróżnić z nich tylko pojedyncze słowa? A może dlatego, że odgrywany od paru lat repertuar nie pozwala już samym muzykom wykrzesać z siebie dawnego entuzjazmu? Nie wiem, czwórka z minusem.

Popularność tzw. pieriestrojki sprawia, że od każdego przybysza ze Wschodu oczekuje się Ważnych Rzeczy. Zwuki Mu to wszakże kapela pozbawiona wyraźnego oblicza stylistycznego, nudna, jakby zafascynowana samą możliwością grania. Może mają fenomenalne teksty, ale nie docierały - dwójka z plusem.

Anonimowy (i nie zapowiedziany) Balladzista okazał się kolegą i gościem Muńka. Zaśpiewał trzy piosenki, z których druga i trzecia były bardzo sensowne. Niestety nie udało się ustalić nazwiska Artysty. Plus.

T. Love zagrał natomiast znakomity koncert i - uprzedzam tu dalsze wydarzenia - jako jedyny z polskich wykonawców może zaliczyć "Marchewkę" po stronie bezwzględnych sukcesów. Koncert był przemyślany repertuarowo (udana mieszanka hitów z piosenkami mniej ogranymi) i muzycznie, zwarty, dynamiczny, chodziło w tym całym śpiewaniu o kilka naprawdę ważnych spraw, a - co dziwne - teksty przebijały się nawet przez fatalną akustykę. Przestańcie mi wreszcie pieprzyć, że to amatorska, wesołkowata kapela, bo występ T. Love był jedynym podczas "Marchewki" dowodem na to, że polscy muzycy jeszcze czasem wiedzą, po co wychodzą na scenę. Piątka z małym minusem. Minus za zamianę "zabijemy" na "ukarzemy". Ale za to plus za "kołnierze". Więc jednak piątka.

Na deser było New Model Army. Anglicy zagrali to, co znamy z nagrań (i nie tylko); zagrali równo, profesjonalnie, chwilami fascynująco. Niby jest tam u nich trochę kapel lepszych, ale był to kawałek istotnej, w miarę nowoczesnej muzyki. Z punktu widzenia konsumenta marchewki - piątka.

Drugiego dnia miałem na znak protestu (przeciwko temu co na wstępie) w ogóle nie recenzować, ale wybrałem kompromis, tj. zrobię to na poziomie odpowiadającym organizacji imprezy, a więc byle jak. Ziyo bardzo nudziło, pokazało wokalistę, który tylko w bardzo wysokich tonach czuje się w miarę pewnie, a przy tym momentami zaskakiwało kawałkami dobrej muzyki. Są możliwości, tyle, że całość się rozlatuje. Trzy.

Jest teoria, że we Francji nie da się śpiewać rocka. Duet Jad Wio udowodnił, że śpiewać się da, tylko nie wiadomo po co. Zaprezentowano katalog najbardziej wyeksploatowanych banałów nowofalowych, w dodatku w przeważającej części nagranych na taśmę. Publiczności się to bardzo podobało, były (o zgrozo) bisy. Dwójka.

A potem zagrał Kult, który miał szansę na wspaniały koncert. Miał szansę, bo znaczna część publiczności właśnie na Kult przyszła i powitano zespół z entuzjazmem, a także dlatego, że wibracje, znajdujące się w polskim powietrzu (ma się rozumieć na zewnątrz, bo w Hali powietrza nie było) w pierwszych dniach maja sprzyjały właśnie przekazowi, wynikającemu z piosenek Kultu. Ponieważ jestem autorem szeregu entuzjastycznych wypracowań na temat kapeli, powiem wprost: Był to pierwszy (jaki widziałem) nieudany koncert Kultu, ale za to nieudany do końca i totalnie. Zorientowałem się, że będzie źle, zanim jeszcze kapela wykonała "Konsumenta" zdobionego muzyczną improwizacją, podczas której - gdyby nie wolna sobota - publiczność mogłaby pójść do sąsiedniej Hali Mirowskiej na zakupy i spokojnie zdążyć przed końcem owych popisów instrumentalnych. Koncert był nie przemyślany ani muzycznie (muzycy świetnie bawili się tym, że mają do dyspozycji dużo instrumentów), ani repertuarowo - Kult zaśpiewał swoje najsłabsze kawałki okraszone kilkoma hitami i świetną piosenką "na wejście". Muzycy grali nieskładnie, Kazik chyba zaziębiony, słychać go w każdym razie specjalnie nie było. Trzy z minusem, tylko dlatego, że to i tak moja ulubiona kapela.

A potem wystąpił długo oczekiwany, sławny, wspaniały Clan Of Xymox. Pewnie zagrał dobrze, ale czy na pewno, to ja nie powiem, bo jestem uczciwym człowiekiem I nie mam zamiaru udawać, że dotrwałem. Nie bez trudu wydostałem się z Hali wściekły, że z powodu tej całej męki nie mam już sił na nocny koncert Dezertera, który za dwie godziny miał się zacząć w Rivierze. (Ponoć z dość kompromitujących powodów koncert się jednak nie odbył przyp. NS).



Piotr Bratkowski
Non Stop, lipiec 1988









newsy    biografia    dyskografia     teksty piosenek    ludzie i zespoły    galeria zdjęć   
audio i video      gitara      wywiady     artykuły      recenzje     różne      linki      info